Entuzjazm jest zaraźliwy. Wypalenie również.

O tym, czego nie widać w portfolio

Być w pełni

Są spotkania, po których wychodzę naładowany. Klient opowiada o swoim biznesie, o tym jak zaczynał, co go napędza, dlaczego wstaje rano — i ja to czuję. Wchodzę w jego świat, widzę możliwości, zaczynam układać w głowie pierwsze pomysły. Wracam do domu i nie mogę przestać myśleć o tym projekcie.

Dla takich spotkań robię tę robotę.

Ale żeby móc dać z siebie wszystko, muszę być obecny. Naprawdę obecny. Dlatego nauczyłem się jednej rzeczy: jeśli jestem zmęczony, przekładam spotkanie. Przepraszam, proponuję nowy termin i tyle. Nie dlatego, że mam klienta gdzieś — właśnie dlatego, że mi zależy. Spotkanie na pół gwizdka to strata czasu dla obu stron. Wolę przyjechać dzień później i dać sto procent.

Dwa światy

Przychodzą do mnie różni ludzie. Jedni są w ferworze ekscytacji — firma prosperuje, pomysłów jest za dużo, budżet jest, energia jest. Z takimi klientami można latać. Surfujesz razem na fali i patrzysz, jak rosną.

Ale przychodzą też inni. Zmęczeni. Zagubieni. Mówią o rebrandingu, nowej stronie, może jakimś blogu — ale ja widzę coś więcej. Widzę kogoś, kto szuka iskry. Kto może zapomniał, dlaczego zaczął, ale gdzieś głęboko nadal chce.

I to jest właśnie moja robota — pomóc tę iskrę znaleźć. Czasem wystarczy rozmowa. Czasem trzeba pokazać, że ich biznes ma potencjał, którego sami nie widzą. Czasem po prostu trzeba powiedzieć: „Słuchaj, to jest dobre. Damy radę.”

Dać wartość, nie tylko usługę

Niedawno napisała do mnie właścicielka małej marki odzieżowej. Dopiero zaczynała. Pierwsza wiadomość brzmiała w stylu: „Nie mam dużych budżetów”, „Dopiero zaczynam”.

Mogłem odpowiedzieć: „To się odezwij, jak będziesz miała budżet.” Ale to nie mój styl.

Umówiliśmy się na rozmowę. Słuchałem. Patrzyłem na jej produkty — widać było pasję. Brakowało tylko strategii i wiedzy, jak to ugryźć.

Wysłałem jej szereg darmowych propozycji — konkretnych działań, które może wykonać samodzielnie, zanim wejdziemy na płatne kampanie. Jak rozmawiać z ludźmi w komentarzach. Jak znaleźć mikroinfluencerów. Jak zbudować pierwszą bazę mailingową. Szczerze, bez owijania w bawełnę.

Odpisała, że jest bardzo wdzięczna za szczere podejście i porady na start. Może wróci za pół roku, może za rok, może nigdy. Ale wiem, że dałem jej coś wartościowego. Że nie zostawiłem jej samej z pytaniem „co teraz?”.

Bo moją rolą nie jest tylko obsługiwać tych, którzy już mają budżety. Moją rolą jest czasem dać iskrę komuś, kto jej potrzebuje — nawet jeśli na współpracę przyjdzie czas później.

Lekcja z GEGO

Skąd wiem, jak ważna jest ta iskra? Bo sam ją kiedyś straciłem.

Przez dziesięć lat prowadziłem własną markę odzieżową. GEGO. Kawał mojego życia. Na początku była euforia — pełen entuzjazm, nowe cele co miesiąc, energia, która napędzała wszystko. Firma rosła. Nie czuliśmy zmęczenia — albo je ignorowaliśmy.

Potem przyszła pandemia. Kłopoty finansowe. I coś, o czym mało kto mówi głośno: wypalenie.

Nie zamknąłem GEGO, bo zabrakło pomysłów. Zamknąłem, ponieważ zabrakło mnie.

To doświadczenie nauczyło mnie czegoś ważnego: energia to nie jest dodatek. To fundament. Bez niej nawet najlepsza strategia nie pojedzie daleko.

Jakość, nie ilość

Dziś prowadzę agencję sam. Jestem na każdym spotkaniu osobiście. Jadę do klienta, poznaję jego biznes od środka, pytam o pasje, o klientów, o to, co go śmieszy i co go wkurza. Buduję relacje, które trwają latami.

To wymaga energii. Dużo energii.

Dlatego nauczyłem się wybierać. Nie biorę wszystkiego, co przychodzi. Nie dlatego, że nie chcę pomagać — ale dlatego, że chcę pomagać dobrze. Gdy biorę projekt, angażuję się w stu procentach. Ale żeby móc dać te sto procent każdemu, muszę wiedzieć, ilu klientów jestem w stanie obsłużyć.

To nie jest „mam klienta gdzieś”. To jest „mam klienta tak bardzo, że wolę wziąć mniej i zrobić dobrze, niż wziąć więcej i zrobić byle jak”.

Chcesz czy musisz?

Gdy klient mówi „chcę więcej klientów”, czasem słyszę coś zupełnie innego. Między słowami wyczuwam zmęczenie. Niepewność.

I wtedy nie zaczynam od reklam. Zaczynam od pytania: czy ty tego chcesz, czy musisz?

To brzmi prosto. Ale odpowiedź na to pytanie sporo zmienia. Bo jeśli ktoś prowadzi biznes, bo musi — to jest ciężko. Ale nie niemożliwie. Wtedy właśnie potrzebuje kogoś, kto pomoże mu znaleźć powód, dla którego warto. Kto pokaże potencjał. Kto da tę iskrę.

W biznesie musi być wiara. Motywacja. Entuzjazm. Czasem klient przychodzi z tym wszystkim. A czasem trzeba mu pomóc to odkryć.

Zaraźliwe

Nauczyłem się, że entuzjazm jest zaraźliwy. Gdy przychodzę na spotkanie pełen energii, klient to czuje. Wychodzi zmotywowany, utwierdzony, gotowy działać. Dziewięć na dziesięć takich rozmów kończy się współpracą — nie dlatego, że mam najlepszą ofertę, ale dlatego, że razem wierzymy, że to ma sens.

Ale działa to w obie strony. Zmęczenie też się udziela. Dlatego tak pilnuję, żeby przychodzić na spotkania w pełni sił. Dlatego przekładam, gdy czuję, że nie dam rady. Dlatego wybieram projekty, w które sam wierzę.

Nie po to, żeby uciekać od trudnych klientów. Po to, żeby tym, których biorę, dać wszystko, co mam.

Grzegorz Wujciów — BlueElephant.pl